89. Recenzja „Niechętny zabójca” - Eoin Colfer

17:11

„… gdy umiera miłość, nikt nie uchodzi z życiem”
Riley jest czternastoletnim chłopcem, żyjącym w wiktoriańskiej Anglii. Jest sierotą, a został wychowany przez Albert Garricka, który opowiedział mu, że został porzucony na ulicy, a w kojcu znajdowało się jego imię. Chłopiec wierzył mu, ponieważ był jedyną osobą, której ufał i której najbardziej się bał. Garrick jest potężnym mordercą, który często zabija tylko dla samej przyjemności. Jest również geniuszem i wszystkie swoje akcje dużo wcześniej planuje. Wierzy w magię i pragnie poznać jej tajniki. Wybrał Railey’a na swojego ucznia, który kiedyś prześcignie go w sztuce zabijania. Albert zabiera ze sobą chłopca na jedną z akcji, w której chce go sprawdzić. Czternastolatek ma zabić starszego mężczyznę, lecz nie potrafi. W końcu jego ręką porusza Garrick i przeszywa serce mężczyzny. W ten sposób Riley trafia do współczesności i wreszcie dowiaduje się smutnej prawdy o swojej przeszłości.

Chevie jest wojowniczą szesnastolatką, która pragnie zostać agentką FBI. Niedawno brała ona udział w eksperymentalnym projekcie FBI, w którym wybrane wcześniej nastolatki przenikały do  szkół, w których prawdopodobnie miał miejsce handel narkotykami. Dziewczyna starała się jak najlepiej wykonać swoje zadanie i poczuła smak prawdziwej władzy. Jednak pod koniec infiltracji grupy uczniów, doszło do pewnej sytuacji, przez którą cały tajny program zrobił się mało tajny i FBI musiało go przerwać. Przez ten incydent Chevie została wysłana do Anglii, aby uczestniczyć w projekcie pod nazwą PRASK. Całymi godzinami miała wpatrywać się w kapsułę, a gdyby coś się wydarzyło powinna informować o tym szefa. Gdy po raz kolejny dziewczyna nudzi się na służbie, nagle maszyna zaczyna wydawać dziwne odgłosy. Z dymu wyłaniają się dwie postacie,  przez które życie Chevie zacznie pędzić na ostatnim biegu.

Łatwo powiedzieć dlaczego sięgnęłam po tę książkę. Powód jest dość prosty – uwielbiam autora, którego znam z serii o Artemisie Fowlu. Tak naprawdę to raz przeczytałam opis książki, choć tak nie był mi on do niczego potrzebny. Mimo wszystko i tak sięgnęłabym po nową pozycję pióra tego autora. Całe szczęście, że pozycja mnie nie zawiodła i naprawdę ciekawie się ją czytało. Pochłonęłam ją bardzo szybko i od razu zapragnęłam kontynuacji. Jestem bardzo ciekawa jak potoczą się losy bohaterów tej pozycji.

Mówiąc o niej mogę spokojnie stwierdzić, że jest słabsza od serii o Artemisie. Jednak do końca nie mogę tego powiedzieć, ponieważ dopiero zaczynam przygodę z Riley i Chevie. Możliwe, że kolejne części pokażą, że jednak PRASK zasługuje na miano najlepszej serii Eoina Colfera. Rzec jednak mogę, że styl pisarski oraz pomysłowość nie opuszczają autora i nadal posiada on to „coś” za co go pokochałam.

Przede wszystkim akcja zawsze jest ruchoma. Nigdy nie stoi, ani nie pędzi. Tempo opowieści jest idealne i widać, że wszystko zostało dużo wcześniej przemyślane. Czuć potęgujące doświadczenie i widać, że świat wykreowany w książkach Colfera jest zawsze zaskakujący i magiczny. Mimo że magii jako takiej nie posiada.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że nowa książka tego autora jest świetnym początkiem serii, choć nie tak dobrym jak Artemis. Zawiera ona ciekawe zakończenie, które sprawia, że ma się ochotę sięgnąć po więcej.

Moja ocena: 9/10

0 komentarze