242. Recenzja „Bez słów” - Mia Sheridan

18:37

„Przyniosłeś ciszę, najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszałam, bo cisza była tam, gdzie byłeś ty.”
Autor: Mia Sheridan

Tytuł: Bez słów

Wydawnictwo: Otwarte

Narracja: pierwszoosobowa – Bree, Archer

Główny bohater: Bree Prescott – 22 lata (?); Archer Hale – 23 lata (?)

Romans: Bree + Archer

Ogumienie: Ponownie zostałam zwiedziona przez okładkę. Może nie wstrząsnęła ona mną jakoś bardzo, ale mimo wszystko spodobała mi się. Ale podpowiadała mi nieco, że może być to historia, która nie do końca mi się spodoba. Wiecie skąd to podejrzenie? Ano z tej wyrzeźbionej klaty faceta. To zasiało w mojej głowie nieco wątpliwości, co do wspaniałości tej pozycji.

Najlepsze zastosowanie: Bree ucieka przed przeszłością. Wybiera się do miasteczka, gdzie kiedyś jako dziewczynka spędzała wakacje. Postanawia wynająć dom, znaleźć pracę i wrócić, kiedy będzie gotowa. Nie spodziewała się, że odnajdzie w tym miejscu coś niesamowitego. Że nareszcie poczuje się jak w domu wśród tych nieznanych jej ludzi. Z całą pewnością nie spodziewała się również, że pozna chłopaka. Jednak nie byle jakiego, ale takiego, który samą swoją osobą potrafi zawrócić w głowie. Bree dowiaduje się, że ma on na imię Archer i jest raczej odludkiem. Spowodowane jest to przede wszystkim jego przeszłością oraz faktem, że nigdy się nie odzywa. Po śmierci swoich rodziców został oddany pod opiekę dość ekscentrycznego wujka, który nie do końca nauczył go życia. Bree jest pierwszą osobą, z którą może porozmawiać. Chłopak słyszy, jednak ma uszkodzone struny głosowe i przez to nie może mówić. Bree umie posługiwać się językiem migowym, ponieważ jej ojciec był głuchy, a Archer nareszcie może wykorzystać swoją teoretyczną wiedzę w tym zakresie, gdyż migowego uczył się tylko z książek. Kiedy odkrywają siebie nawzajem i rozumieją, że nie ma nic piękniejszego od uczucia, które się między nimi rodzi, pozostaje tylko jedna rzecz na drodze do ich szczęścia – przeszłość Archera, o której wolałby nie wspominać.

Tykać to kijem?: Wysoka ocena na Goodreads oraz wiele pozytywnych opinii, które pojawiały się w blogosferze sprawiły, że zachciałam przeczytać tę powieść. Z tego powodu z okazji Dnia Książki zakupiłam właśnie ją.

Bohaterowie: Zarówno Bree, jak i Archer są bohaterami dobrze skonstruowanymi. Są pełni pasji, życia, a przede wszystkim miłości i niewypowiedzianych słów (wybaczcie, że użyłam tego sformułowania, ale głupio byłoby napisać „niewymiganych słów”). Widać, że autorka wiele się napracowała, aby stworzyć ich takich wielowymiarowych. Ale popełniła jeden błąd – oni są zupełnie nieciekawi. Jedyne co jest interesującego w postaci Archera to jego przeżycia z przeszłości i z jakiego powodu nie mówi. Natomiast Bree jest dość nijaka i brak jej jakiejś większej iskry do życia. Czegoś niesamowitego. Dla mnie była zbyt statyczna i nie do końca do mnie przemawiała.

Pióro: Na całe szczęście książka napisana jest łatwym do przyswojenia językiem. Jest on dość plastyczny, dzięki czemu czyta się ją w dość szybkim tempie.

Całokształt: Słodycz, cukier, lukier… Ta książka pełna jest słodkiego. Archer z Bree bez przerwy mówią do siebie jak bardzo się kochają i jak żyć bez siebie nie mogą. Tak naprawdę w całej pozycji nie dzieje się nic więcej. Pełna ona jest jedynie cukru, od którego zaczynają w pewnym momencie boleć zęby. Ja zdecydowanie bardziej wolę, kiedy bohaterowie się czubią i mają małe kłótnie o głupoty. To dodaje nieco pikanterii całej relacji, natomiast nie przepadam za parą, która cały czas sobie mówi jak wspaniała jest ta druga osoba, jak bardzo nie może bez niej żyć i jak wypełnia cały jej świat. Mi się aż niedobrze od tego robiło.

Zdecydowanym minusem całej opowieści jest brak jakiejkolwiek akcji. Nie dzieje się w niej nic interesującego. Cały czas Bree spotyka się z Archerem albo pracuje, albo jeździ rowerem. Ale nawet kiedy nie widzi się z nim możemy sobie poczytać o nim i dowiedzieć się jakie uczucia budzi w głównej bohaterce. Jeśli chodzi o Archera to niestety albo stety on prowadzi narrację tylko kilka razy, ale jest równie nieciekawy co Bree. Cały czas się z nią spotyka albo robi coś wokół swojego domu. Ale jego myśli wciąż są przepełnione dziewczyną, więc i tak o niej musimy pamiętać.

Kasia radzi: Nie lubię przesłodzonych historyjek, a ta zdecydowanie do takich należy. Jeśli miałabym wybierać to stwierdziłabym, że jest ona dość podobna do Maybe someday, dlatego uważam, że jeśli polubiliście tę książkę to śmiało możecie sięgać po Bez słów. Jeśli jednak wolicie opowieści z pieprzykiem i bohaterów, którzy lubią się trochę poprztykać to raczej nie bierzcie się za tę pozycję.

Mój osąd: Wredny chochlik – 3/10

0 komentarze