„Listy do utraconej” — Brigid Kemmerer

21:03

Wydawnictwo: YA! [Grupa Wydawnicza Foksal]

Narracja: pierwszoosobowa — Juliet, Declan

Główny bohater: Juliet, Declan — ok. 17 lat

Najlepsze zastosowanie: Życie Juliet się zawaliło. Kilka miesięcy wcześniej jej matka miała wypadek samochodowy w drodze do domu z lotniska. Od tamtej pory dziewczyna nie potrafi się pozbierać. Kochała swoją matkę, nawet kiedy ona przebywała częściej poza domem niż w nim. Jako fotografka spędzała bardzo dużo czasu w innych krajach, dlatego nieczęsto widywała się z Juliet. Z tego powodu pisały do siebie listy. Oczywiście wymieniały również maile, jednak listy były czymś szczególnym. Dlatego Juliet po jej śmierci nie mogła z tego zrezygnować. Zaczęła pisać listy do matki i zostawiać je na jej grobie. Jeden z nich został odnaleziony przez Declana — chłopaka, który wykonuje prace społeczne na cmentarzu. Nie posiada on zbyt pozytywnej opinii wśród swoich rówieśników i często jest na samym starcie skreślany przez innych. Jednak Juliet dzięki listom zaczyna dostrzegać w nim coś więcej, jednak nie ma pojęcia, że to właśnie z nim konwersuje. Oboje nie znają swoich imion, jednak dzięki temu potrafią rozmawiać na wszystkie tematy, nawet te najgorsze. Jednak, co się stanie, kiedy dowiedzą się prawdy o sobie?

Bohaterowie: Polubiłam się zarówno z Declanem, jak i z Juliet, choć mówiąc szczerze, on nieco bardziej mnie do siebie przekonał. Jednak oboje są naprawdę dobrze dopracowanymi bohaterami, co zdecydowanie można zapisać na plus. Każde z nich jest inne i charakter Juliet nie zawsze mi odpowiadał, jednak mimo wszystko nie umieściłabym jej w gronie najgorszych bohaterek. Zarówno ona, jak i Declan wiele przeszli, dlatego wiele ich cech wzięło się z ich nieprzyjemnych przeżyć. Cieszę się, że autorka dopracowała ich naprawdę dobrze, choć mogłaby również nieco bardziej postarać się przy postaciach drugoplanowych. Oni wypadali trochę bladziej, jednak nie mam jakiegoś ogromnego żalu z tego powodu, ponieważ to przeżycia Declana i Juliet miały stać na pierwszym miejscu i tak naprawdę nikt inny nie był im do niczego potrzebny.

Całokształt: Ta książka ma naprawdę wiele atutów. Przede wszystkim, nie jest o miłości. Nie jest to o tym, jak miłość uleczyła poranione dusze. Oni przez prawie całą książkę byli sobie wsparciem. Bardziej przyjaciółmi, którzy zwierzają się sobie i próbują w jakiś sposób sobie pomóc. Jestem przeszczęśliwa, że autorka nie poszła jednoznacznie w stronę romansu i nie dostaliśmy serduszek i wyznań miłosnych, co kilka stron. Za to zdecydowany plus!

Po drugie, sposób prowadzenia powieści. Każdy kolejny rozdział rozpoczynał się od listu/maila/informacji, że nie ma żadnych nowych maili w skrzynce; często jeden rozdział kończył się czymś w stylu: zaczęłam/zacząłem mu/jej odpisywać i następny rozdział rozpoczynał się od tegoż maila czy listu. Z tego powodu książkę czytało się świetnie i nie było szans, aby można było się od niej oderwać. Ponadto cała historia jest poprowadzona świetnie i nie da się nie uśmiechać podczas jej czytania, czasami się wściekać albo wzruszać. To jest po prostu niemożliwe! Ja jestem kompletnie zauroczona tą powieścią i jestem pewna, że przeczytam ją jeszcze niejeden raz. Bo zdecydowanie na to zasługuje.

Kasia radzi: Jestem całkowicie zaskoczona tym, jak bardzo spodobała mi się ta książka, ponieważ obawiałam się, że będzie to kolejny młodzieżowy romans. Wiecie, uzdrawiająca siła miłości i te sprawy. Ale nie! Tutaj autorka pięknie przedstawiła relację bardziej przyjacielską, choć faktycznie, może się wydawać, że później może wyniknąć z tego, coś więcej, jednak romans ani trochę nie dominuje w tej historii, co bardzo mi się podoba. Serdecznie polecam ją osobom, które szukają pięknej opowieści, która rozgrzeje ich serca. Jednak nie oczekujcie od niej bardzo dużo, wtedy powinniście być zadowoleni tak samo jak ja.

Mój osąd: Słodki anioł — 9/10

0 komentarze