„Nienawiść, którą dajesz. The Hate U Give” — Angie Thomas

października 30, 2018
Osoby czarnoskóre nigdy nie miały łatwo, a odkąd białoskórzy zaczęli traktować ich jak swoją własność, było jeszcze gorzej. W XXI wieku staramy się o zrównanie wszystkich ras, aby biali nie czuli się panami świata, bo przecież wszyscy mamy równe prawo, by żyć, czyż nie? Starr wie, że to nie jest takie proste. Uczęszcza do szkoły, w której większość stanowią osoby białoskóre, więc wie, że potrafią być oni naprawdę okropni. Pewnego wieczoru, gdy wraca ze swoim kolegą Khailem do domu po imprezie, zatrzymuje ich radiowóz. Starr wie, że zawsze trzeba robić to, co każe policjant, dlatego mu się podporządkowuje. Khail również wykonuje polecenia, jednak kiedy decyduje się zapytać Starr, czy wszystko w porządku, policjant zaczyna do niego strzelać. Któż się przejmie śmiercią czarnoskórego nastolatka? Wiele osób. Dziewczyna próbuje zrozumieć postępowanie policjanta i chce znaleźć sposób na to, aby takie incydenty nie miały więcej miejsca. Ale co może zrobić szesnastolatka, która nawet nie do końca wie, jak żyć w takim świecie? 

Bestseller! Książka, którą kochają wszyscy! Wspaniała historia, która porusza serca! To tylko niektóre slogany reklamowe, które starały się nam pokazać, że THUG jest niesamowite. Sama czekałam na tę premierę ze zniecierpliwieniem. Kiedy dostałam przedpremierowego ebooka, mój entuzjazm nieco opadł, choć nadal byłam zaintrygowana i chciałam się dowiedzieć, czy aby na pewno jest to tak niesamowita książka. Zupełnie nieplanowanie, zaczęłam ją czytać. Przynajmniej plus jest taki, że szybko ją skończyłam. 

Tak, zaliczam się do tej mistycznej grupy osób, które nie polubiły się z tą książką. Pewnie po obejrzeniu ocen na Goodreads nie spodziewaliście się, że takie grono istnieje! No cóż, istnieje i jak widać ma się dobrze (prawie dobrze, bo wiem, że czasami te osoby obrzucane są błotem za to, że nie podobało im się to arcydzieło). Ale po kolei. Bo wyjdzie na to, że jestem hejterem i mówię, że książka jest zła, bo po prostu jest zła. A to wcale takie proste nie jest. 

Po przeczytaniu zrobiłam sobie listę rzeczy, które mi się w niej nie podobały. Uważam je za argumenty, które wcale nie są hejterskie. Ale może ktoś stwierdzi inaczej, nie wiem. Zacznijmy jednak od problemu, który porusza ta powieść. Głównie chodzi o to, że osoby czarnoskóre traktowane są dużo gorzej od osób białoskórych. Wszechobecny rasizm, żarty z tzw. czarnych, generalizowanie, że każda taka osoba jest gangsterem i ma nieczyste sumienie. Okej, znamy problem, ale co z tego? Autorka chce nam uwypuklić to nierówne traktowanie, jednak wtedy zaczyna przerysowywać wszystkie inne kwestie, sama zaczyna wrzucać wszystkich białoskórych do jednego worka. Książka miała pokazywać, że nie powinno się traktować wszystkich tak, jakby byli jednakowi, jednak to samo robi z nami, czyniąc z wszystkich białych rasistów i osoby niegodne zaufania. 

Bohaterowie wielokrotnie rozmawiają na tego typu tematy i za każdym razem wychodzi na to, że wszyscy jesteśmy okropni. W rozmowie między osobą białoskórą, a czarnoskórą można opowiadać rasistowskie żarty o białych, ale w drugą stronę już nie. Pamiętajcie, że rasizm nie jest jednostronny i nadal może to być odwrotna sytuacja od klasycznej. I właśnie to wychodzi w tej książce, okropna hipokryzja, kiedy chce się, aby czarnoskórzy byli traktowani z szacunkiem, ale samemu nie ma się za grosz szacunku do białoskórych. Czy to jest fair? Czy tego typu książka powinna przekazywać takie wartości? 

Na początku autorka przedstawia nam morderstwo (bo inaczej tego nazwać się nie da) Khaila, jako główną oś fabuły. Czekamy na rozwiązanie tej sprawy, które ostatecznie wcale nie nadchodzi. Tak, ten punkt jest niezwykle ważny, ponieważ od niego zaczęła się chęć działania u Starr, jednak przy tym wszystkim zapominamy o wielu kwestiach. Rodzina Khaila zostaje pominięta: nie znamy ich uczuć, nie wiemy, jak przeżywają tę stratę i czy w ogóle chcą, aby Starr tak mocno rozdmuchiwała tę sprawę. Ponadto, gdy się zaczynamy nad tym zastanawiać, zakończenie wydaje się nieco niedokładne. Mam wrażenie, że autorka chciała jakiegoś punktu kulminacyjnego, który byłby zwieńczeniem tego wszystkiego, ale nie do końca jej to wyszło. Jest to ze sobą w jakiś sposób połączone, ale tak naprawdę w ogóle nie rozwiązuje najważniejszych kwestii. 

W związku z Khailem zabrakło mi również jakiejkolwiek konfrontacji z policjantem, który dokonał tego bezprawnego czynu. Dowiadujemy się jedynie przez pośredników, co się z nim dzieje, jednak ani razu nie mamy szansy poznać jego wersji wydarzeń, wszystko to tylko plotki i domysły albo to, co mówi ktoś zupełnie inny. Jestem pewna, że przeżywał to ogromnie, ale po prostu autorka nie była w stanie postawić się w jego sytuacji i napisać cokolwiek jego głosem, dlatego zrezygnowała i pozostawiła z tego powodu lukę w historii. 

Poza tym, sporym problemem jest również to, że emocje w tej historii są płaskie. Bohaterowie teoretycznie bardzo chcą zmian i nie czują się komfortowo w społeczeństwie, w którym żyją, jednak nie do końca potrafią te uczucia nam przedstawić. Ciężko jest nam postawić się w ich sytuacji i zrozumieć ich punkt widzenia. Również niełatwo jest nam dostrzec choćby cień chęci, aby do czegokolwiek doszło. Wszelkie wyznania i plany wydają się puste i bez pokrycia. Postacie w ogóle nie wierzą w to, co mówią, a to odbija się na naszym odbiorze tej powieści. 

Osobą mającą najwięcej do powiedzenia jest Starr. Dziewczyna jest narratorką i ona pokazuje nam swój świat, a próbuje zrobić to dobrze, choć nie do końca jej wychodzi. Miałam ogromny problem z odbiorem jej postaci, ponieważ uważam ją za rozwrzeszczanego bachora, który wie, że czegoś chce, ale w sumie nie wie czego. Ponadto uważa, że ma prawo obrażać każdego, natomiast kiedy w jej stronę kierowane są jakieś niemiłe słowa, obraża się i nie jest w stanie zrozumieć, że w sumie sama robi to innym. Poza tym to jak traktuje swojego chłopaka (białoskórego, jakby co) jest okropne. Od razu wrzuca go do tego samego worka, co wszystkich rasistowskich ludzi. Krzywdzi go niesłychanie i wcale nie chce z nim rozmawiać. Potrafi strzelić focha, ale nie wytłumaczy nikomu z jakiego powodu. 

Między innymi dlatego uważam, że Starr jest zbyt młoda, aby być narratorką w tego typu książce, ewentualnie powinna być bardziej dojrzała emocjonalnie. Na razie zachowuje się zbyt dziecinnie i chaotycznie. 

W całej historii osoby białoskóre zostają wrzucone do dwóch worków: rasistów i "tych dobrych", którzy nie patrzą na kolor skóry. Oczywiście ten podział powstaje z czasem, bo na początku wszyscy są źli. Mamy po jednym przedstawicielu każdej z tych grup (nie liczę policjanta, bo on pojawia się tylko przez chwilę i w sumie nie znamy jego pobudek). Najgorsze jest jednak to, że mimo bycia w tej grupie "dobrych", czarnoskórzy nadal traktują tę osobę krzywdząco, generalizując i żartując ze stereotypów, w które wierzą. A kiedy odgryza się tym samym, zostaje nazwany rasistą. Ekhem, hipokryzja? 

Książka, która miała być pokazaniem życia osób czarnoskórych w USA i manifestem, że czas najwyższy coś z tym zrobić, staje się ciosem wymierzonym w każdą osobę białoskórą. Czytając tę historię czułam się cholernie niekomfortowo i myślałam, że ktoś dźga mnie w serce, za każdym razem coraz mocniej. Domyślam się, że autorka chciała, abyśmy poczuli się źle i żeby było nam wstyd za to, co robią ludzie białoskórzy osobom o innym odcieniu skóry, ale to nie jest tylko wskazanie błędu i apel do jego naprawienia. Ta historia nas uwiera jak kamyk w bucie i dokładnie o to chodziło, jednak nie powinna ona aż tak agresywnie do nas podchodzić i wymagać od nas myślenia tak, jak nam każe. Nie daje nam wyboru. Mamy się zgodzić i tyle. Zero dyskusji. Nie tak to powinno wyglądać. 

Pisanie negatywnej opinii na temat tej książki jest jak spacer po bardzo cienkim lodzie: w każdej chwili może on pęknąć i możesz zostać nazwanym rasistą. Nawet nie wiecie, jak bardzo bałam się publikować swoje zdanie, które jest tak bardzo odmienne od opinii wielu osób. Ale muszę to napisać, bo te psalmy pochwalne mnie dobijają. Autorka wcale nie jest tak genialna, a jedyne czym trafiła to tematyką i faktem, że ukazała to z perspektywy nastolatki. Mając te same elementy układanki można było zrobić z tej powieści dzieło sztuki, które będzie oddziaływało na każdego, jednak Angie Thomas nie poradziła sobie z ciężkością tego temat i uciekła ze skrajności w skrajność. 

Moja opinia jest tylko małym kamykiem, który nie zniszczy tego pomniku, który został zbudowany przez te wszystkie pochwalne peany. Jestem pewna, że mimo zupełnie innego społeczeństwa ta książka u nas również zrobi furorę i moje zdanie znów zniknie w gąszczu pozytywnych recenzji. Niech i tak będzie, ale przynajmniej powiedziałam co myślę i jestem w zgodzie ze swoim sumieniem. Nie będę Was okłamywać i mówić, że THUG to dzieło sztuki, bo wcale tak nie uważam. Jeśli Wy tak myślicie, w porządku. Każdy ma swoje zdanie. Ja nie będę w nie ingerować i nie będę Was za nie obrażać, dlatego o to samo Was proszę. Szanujcie opinie innych, moją również.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.